Proces Marka T. oskarżonego o nieumyślne naruszenie zasad bezpieczeństwa i nieumyślne spowodowanie wypadku w ruchu powietrznym, w wyniku którego 5 sierpnia 2019 r. śmierć poniosły dwie spadochroniarki, utonęły w Bałtyku, ruszył od nowa przed Sądem Rejonowym w Kołobrzegu. Powód - zmiana sędziego.
Pierwotny proces rozpoczął się w maju 2024 r. Przewodniczyła mu sędzia Ewa Woźniak. Ostatnią rozprawę prowadziła w sierpniu 2025 r., ta wyznaczona na 8 grudnia już się nie odbyła. Ostatecznie w związku z chorobą sędzi, konieczna była zmiana składu sędziowskiego, a co za tym idzie przeprowadzenie postępowania przed sądem od nowa.
Powtórny proces ruszył po niemal roku pod przewodnictwem sędziego Sławomira Solnicy. 30 lipca br. wyjaśnienia ponownie składał oskarżony Marek T., pilot, instruktor z ponad 45-letnim stażem z woj. kujawsko-pomorskiego. Nie zmienił ich. Ponownie nie przyznał się do zarzucanych czynów.
Wskazywał, że skoczkowie ze świadectwem kwalifikacji sami odpowiadają za swoje wyposażenie, sami decydują, czy korzystają z kamizelek ratunkowych podczas skoku. Przekazał też m.in. że tego dnia odbyła się odprawa instruktorów, sprawdzano pogodę oraz monitorowano kierunek wiatru, co zakwestionowała prokuratura. Potwierdził, że znał warunki pogodowe. Zaprzeczył, by cały dzień zaplanowanych skoków pełnił jednocześnie funkcje organizatora, pilota, wyrzucającego. Według oskarżonego, do tragicznego wypadku mogły się przyczynić własne decyzje skoczków, którzy już byli w powietrzu. Przyznał, że ta tragedia mocno go dotknęła, jednocześnie zaznaczył, że on robił wszystko, by skoki były bezpieczne.
W środę zeznawał świadek, który gdy doszło do wypadku, był pracownikiem w firmie Marka T., tandem-pilotem, instruktorem. Z oskarżonym współpracował przez 9 lat. Wypadek obserwował z lądu. W sądzie potwierdził ponownie, że Rafał, Aleksander, Anna i Agnieszka mieli w powietrzu wykonać formację RW-4 (zespołowy skok z opóźnionym otwarciem spadochronu i wykonanie jak największej liczby figur akrobatycznych). Wskazał, że spadochroniarze mieli świadectwa kwalifikacji. Agnieszka i Ania miały pasy dociążające, by cała czwórka mogła wykonać formację.
- Czekałem na dole na skoczków. Obserwowaliśmy samolot, który nabierał wysokości. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że samolot może się znajdować daleko od brzegu. Miałem nadzieję, że samolot zawróci. Ale w tym momencie skoczkowie skoczyli. Do końca nie było wiadomo, czy dolecą do plaży. Finalnie dwóch chłopaków wylądowało w wodzie, ale na tyle płytkiej, że mogli sami wyjść. Ania i Agnieszka wylądowały ok. 250 m od brzegu - mówił w sądzie świadek.
Zaznaczył, że gdy skoczkowie byli jeszcze w powietrzu, zadzwonił do żony Marka T. , by zaalarmowała służby ratownicze, bo „będziemy mieć skoczków w wodzie”. Przed przyjazdem służb dwóch spadochroniarzy z poprzednich skoków popłynęło na ratunek kobietom. Nie udało im się ich wyciągnąć. Zrobili to dopiero ratownicy.
Świadek zeznał, że nie widział odprawy ze skoczkami, sprawdzania sprzętu przez oskarżonego, przeszkolenia co do wypinania pasów obciążających, co nie znaczy, jak podkreślił, że te czynności Marek T. wykonał.
Zaznaczył, że nie ma wiedzy o tym, czy któremuś ze skoczków, była przydzielona funkcja wyrzucającego, czy samo otwarcie drzwi było sygnałem do skoku.
Podczas rozprawy, w której nie uczestniczył, odpowiadający z wolnej stopy, oskarżony obrona wniosła o przesłuchanie trojga świadków. Prokurator kołobrzeskiej prokuratury rejonowej Iwona Pluta chce, by przed sądem zeznawali obaj spadochroniarze, którzy przeżyli feralny skok i biegły z zakresu katastrof lotniczych. Strony zgodziły się, by sąd nie wzywał pozostałych świadków, a tylko odczytał ich wcześniejsze zeznania.
Kolejny termin rozprawy sędzia Solnica wyznaczył na 21 października.
Do wypadku doszło 5 sierpnia 2019 r. Czwórka spadochroniarzy - dwie kobiety w wieku 29 i 33 lat i dwóch mężczyzn w wieku 37 i 33 lat - ok. godz. 19.30 zeskoczyli ze spadochronami z pokładu samolotu Cessna, który wystartował z kołobrzeskiego Lotniska Bagicz (woj. zachodniopomorskie).
Wszyscy po dwukrotnym wykonaniu w powietrzu gwiazdy mieli wylądować na pobliskiej plaży. To się jednak nie udało. Druga próba wykonania figury się nie powiodła, skoczkowie nie złapali się za ręce, otworzyli spadochrony i z różnych wysokości i odległości od brzegu spadli do Bałtyku. 37-latek wylądował ok. 3 m od brzegu, 33-latek ok. 30 m od brzegu. Obaj o własnych siłach wyszli z Bałtyku. Natomiast obie kobiety znalazły się w wodzie ok. 200 m od brzegu. Nieprzytomne zostały wyłowione przez ratowników WOPR i Brzegowej Służby Ratownictwa po ok. 20 minutach. Mimo podjętej reanimacji, nie udało się ich uratować.
Oskarżonemu grozi do ośmiu lat więzienia.
PAP/zn
.