Andrzej K. i Zdzisław M. stanęli w piątek przed Sądem Okręgowym w Słupsku w sprawie zabójstwa 60-letniego mężczyzny, zbezczeszczenia zwłok i zacierania śladów przestępstwa. Główny oskarżony nie przyznał się do zarzucanych czynów. Drugi potwierdził, że wyniósł wnętrzności ofiary na śmietnik.
Oskarżeni zostali doprowadzeni na rozprawę z aresztu.
Prokurator Prokuratury Regionalnej w Gdańsku Monika Ryszkiewicz-Jakubowska odczytała zarzuty z aktu oskarżenia. O zabójstwo Andrzeja G. oskarżyła 37-letniego Andrzeja K. ze Słupska (woj. pomorskie). Mężczyzna kilkukrotnie i z dużą siłą uderzył 60-latka w okolice klatki piersiowej, przewrócił go na podłogę i zadał mu sześć ciosów nożem, powodując jego śmierć.
36-latek jest też oskarżony o zbezczeszczenie zwłok pokrzywdzonego i zacieranie śladów zbrodni. Pod tymi zarzutami przed sądem stanął także 45-letni Zdzisław M. Obaj, jak wynika z aktu oskarżenia, usunęli z ciała pokrzywdzonego wnętrzności, wynieśli je w workach z mieszkania i wyrzucili do śmietnika. Obaj wycierali też ślady krwi na miejscu zbrodni.
Czyny zarzucane oskarżonym zostały popełnione w nieustalonym dniu w grudniu 2023 r. w mieszkaniu Andrzeja K. przy ul. Księżnej Zofii w Słupsku. Zwłoki Andrzeja G. zostały znalezione pół roku później, 10 lipca 2024 r., w wannie, „w stanie silnego rozkładu i częściowego wysuszenia”.
- Nie przyznaję się do zarzucanych czynów. Odmawiam składania wyjaśnień i odpowiedzi na pytania, za wyjątkiem pytań obrońcy – mówił w piątek w sądzie na pierwszej rozprawie główny oskarżony Andrzej K.
Przewodniczący składu orzekającego sędzia Jarosław Turczyn odczytał wyjaśnienia składane przez oskarżonego w postępowaniu przygotowawczym, które ten podtrzymał na rozprawie. Zaprzeczył w nich, by zabił Andrzeja G. Wskazał, że za pracą wyjeżdżał z Polski i pozwalał kolegom, nieznajomym bezdomnym, przebywać w swoim mieszkaniu. Mówił, że był w nim ostatni raz rok przed zatrzymaniem i gdyby tam były zwłoki, to by zareagował. Potem zaginęły mu klucze od mieszkania i już z niego nie korzystał. Pomieszkiwał u konkubiny i u matki.
Drugi oskarżony Zdzisław M. w sądzie przyznał się do zarzucanych czynów, do wyrzucenia na śmietnik zapakowanych w worki wnętrzności ofiary zbrodni. Odmówił składania wyjaśnień, ale odpowiadał na pytania.
W sądzie nie pamiętał, kiedy doszło do zabójstwa, ale był pewien, że w mieszkaniu przy ul. Księżnej Zofii był wówczas z Andrzejem K. Nie widział przebiegu „kłótni” między Andrzejami, bo siedział w pokoju obok. Zobaczył 60-latka już leżącego w przedpokoju. Nie widział, czy ktoś szedł do kuchni, nie widział noża, krew - tak.
Z Andrzejem K. wyszli z mieszkania, zostawili pokrzywdzonego bez oznak życia. Wrócili wieczorem, bo K. powiedział, że trzeba wynieść wnętrzności pokrzywdzonego. Były w kuchni w workach. - Wynieśliśmy je do śmietnika, obok szkoły. Nie byłem w mieszkaniu, jak wnętrzności były usuwane. Nie widziałem zwłok, prawdopodobnie były w łazience. Z nikim o tym nigdy nie rozmawiałem – mówił w sądzie Zdzisław M.
Podtrzymał na sali rozpraw tylko wyjaśnienia złożone w sądzie, tych odczytanych z protokołów postępowania przygotowawczego – nie. A to w nich wskazał, że koledzy pokłócili się o Magdę M., dziewczynę Andrzeja K., która była w więzieniu. Andrzej K. miał być o nią bardzo zazdrosny. Wyjaśniał śledczym, że widział, jak mężczyźni się bili, że Andrzej K. poszedł po nóż. A potem to, jak wycinał narządy wewnętrzne Andrzeja G. Gdy po kilku miesiącach się spotkali, zapytał go o zwłoki. W odpowiedzi usłyszał, że je posprzątał. O sprawie milczał, bo bał się Andrzeja K.
W piątek w sądzie w charakterze świadków zeznawać mieli członkowie rodziny 36-latka. Skorzystali z prawa do odmowy składania zeznań.
Kolejny termin rozprawy sąd wyznał na 10 lutego.
Andrzejowi K. grozi nawet dożywocie. Zdzisław M. może zostać skazany na karę do dwóch lat więzienia za znieważenie zwłok i do pięciu lat za utrudnianie śledztwa.
PAP/zn