
Jak podał "WSJ", powołując się na dwóch przedstawicieli obecnej administracji, Waltz "zorganizował na Signalu szereg innych wrażliwych rozmów na temat bezpieczeństwa narodowego z udziałem członków gabinetu, w tym osobne wątki o tym, jak wynegocjować pokój między Rosją i Ukrainą, oraz o operacjach wojskowych".
Rozmówcy gazety nie zdradzili szczegółów tych dyskusji i odmówili określenia, czy omawiano w nich informacje niejawne.
"WSJ" napisał też słabnącej pozycji Waltza w Białym Domu. Choć publicznie poparł swojego doradcę, Trump był na niego wściekły po ukazaniu się w mediach doniesień o prowadzonym przez niego grupowym czacie na temat operacji USA w Jemenie, do którego omyłkowo dołączono dziennikarza - podała gazeta.
Trump miał pytać ludzi ze swojego otoczenia, czy powinien zwolnić Waltza, jednak ostatecznie po spotkaniu z nim w cztery oczy postanowił tego nie robić. Publicznie oświadczył, że Waltz to "bardzo dobry człowiek", który "wyciągnął wnioski", a sprawa z jego udziałem jest rozdmuchana i stanowi przykład "polowania na czarownice".
Według "WSJ" Trumpem kierowała niechęć przyznania racji liberalnym mediom, które ujawniły sprawę, co Trump sugerował także w publicznych wypowiedziach. Zdaniem jednego z rozmówców gazety Waltz zostałby zwolniony, gdyby sprawę odkryło jedno z prawicowych pism.
Mimo to, jak podał "WSJ", wrogowie Waltza prowadzą "wewnętrzną kampanię" przeciwko niemu, przypominając Trumpowi, że poglądy tego polityka, kojarzonego wcześniej z głównym nurtem w Partii Republikańskiej, nie zawsze były zgodne z poglądami prezydenta. Chodziło m.in. o sprzeciw Waltza, byłego komandosa, wobec wycofania się sił USA z Afganistanu i Syrii, a także jego dawne poparcie dla przekazywania pomocy Ukrainie.
PAP/ar
