Redaktor Jarosław Banaś (Polskie Radio Koszalin) i prof. Sebastian Żurowski (językoznawca, Uniwersytet Mikołaja Kopernika w Toruniu) dyskutują gdy temperatura za oknem gwałtownie rośnie, a betonowe centra miast zaczynają przypominać rozgrzane naczynia, nasz język naturalnie sięga po określenia, które mają zaskakująco dużo wspólnego z... przygotowywaniem posiłków. Choć na co dzień nie zastanawiamy się nad etymologią słów takich jak „skwar” czy „upał”, analiza językowa pokazuje, że dla Polaków doświadczanie wysokich temperatur od wieków nierozerwalnie wiąże się z ogniem i procesami kulinarnymi.
Większość synonimów używanych do opisania upalnej pogody wywodzi się bezpośrednio z terminologii kuchennej i czynności związanych z obróbką termiczną:
Słowo „upał” wywodzi się od prasłowiańskiego rdzenia piti i jest bezpośrednio powiązane z czasownikiem „upalić”. Ten sam rdzeń odnajdziemy w słowie „upiec”, co stawia zjawisko atmosferyczne w jednym rzędzie z pieczeniem chleba czy mięsa.
„Skwar” etymologicznie łączy się ze smażeniem. Dawniej czasownik „skwarzyć” oznaczał po prostu czynność smażenia, co do dziś przetrwało w nazwie ulubionego dodatku do pierogów – skwarkach.
Choć dziś „ukropem” nazywamy zazwyczaj żar lejący się z nieba, jeszcze nie tak dawno słowo to oznaczało wyłącznie wrzątek, czyli wodę w stanie wrzenia.
Nawet gdy brakuje tchu w wilgotnym i gorącym powietrzu, posługujemy się terminem „duchota”, który – podobnie jak inne określenia – wywodzi się od duszenia potraw.
Współczesnym uzupełnieniem tego kulinarnego słownika jest określanie wybetonowanych placów i ulic mianem „patelni”. To trafna metafora miejsc, które pod wpływem słońca nagrzewają się tak mocno, że niemal „smażą” przechodniów.
Ciekawą ścieżkę przeszedł czasownik „palić”. Oprócz kontekstu pogodowego i militarnego (komenda „Pal!” bezpośrednio związana z ogniem), wykształcił on linię znaczeniową związaną z używkami. Od palenia fajki czy papierosów, język potoczny przeszedł do nazywania zażywania substancji roślinnych (np. marihuany). Stąd w slangu młodzieżowym pojawiły się określenia takie jak „upalenie” czy „ujaranie”, które opisują stan odurzenia, będąc kolejnym etapem rozwoju tego samego, ognistego rdzenia językowego.
W dobie krzykliwych nagłówków medialnych, lokalne fale upałów często nazywa się „Armagedonem”. Językoznawcy ostrzegają jednak przed nadużywaniem tego terminu. Biblijny Armagedon (Harmegedon) to miejsce ostatecznej walki dobra ze złem, oznaczające absolutny koniec świata. O ile termin ten może być uzasadniony w kontekście globalnego kryzysu klimatycznego, który zagraża życiu na całej planecie, o tyle nazywanie tak dwóch dni upału w konkretnym mieście jest znaczącym przeskalowaniem. Takie nadużycia językowe blokują nam możliwość adekwatnego nazywania zjawisk faktycznie tragicznych, jak wojny czy katastrofalne trzęsienia ziemi.
Podobny mechanizm „skalowania porażki” obserwujemy w wyrażeniu „czyjeś Waterloo”, gdzie nazwa wielkiej bitwy służy do opisania osobistej klęski jednostki.