Dwa lata po tym, jak niemal otarła się o śmierć, Florence Welch powraca z elektryzującym albumem „Everybody Scream”. Praca nad tym krążkiem kosztowała ją naprawdę wiele. Tak wiele, że po raz pierwszy w karierze przestała przejmować się tym, czy to, co stworzyła, przypadnie komukolwiek do gustu. I słusznie. Zrodzona z pasji, furii i traumy płyta jest nie tylko dziełem na wskroś mistycznym i osobistym, lecz także dowodem jej artystycznego geniuszu.
„Magia i niedola, szaleństwo i tajemnica”. Trudno o lepsze podsumowanie tego, o czym opowiada nowy album Florence + The Machine, niż ten właśnie wers z tytułowego singla „Everybody Scream”. Brytyjska formacja, której siłą napędową, liderką i frontmenką niezmiennie pozostaje charyzmatyczna Florence Welch, w wigilię Wszystkich Świętych zaprezentowała swój szósty studyjny krążek.
- To moja najbardziej osobista płyta - ten wyświechtany frazes wypowiada dziś niemal każdy artysta promujący swoje nowe wydawnictwo. Kiedy jednak taka deklaracja pada z ust Florence, wiadomo, że sprawy zaszły naprawdę daleko. Wszak wokalistka już wielokrotnie otwierała się na temat swoich zmagań z alkoholizmem, zaburzeniami odżywiania, depresją czy atakami paniki. Tym razem jednak dotyka spraw ostatecznych - życia i śmierci.