fot. archiwum prk24/wikimedia commons

Czterdzieści lat temu, 11 stycznia 1986 roku, Jerzy Kukuczka i Krzysztof Wielicki jako pierwsi alpiniści w historii weszli zimą na trzecią pod względem wysokości górę globu Kanczendzongę (8586 m) w Himalajach. Było to piąty ośmiotysięcznik zdobyty zimą i piąty przez Polaków.

Sukces sportowy wyprawy został okupiony najwyższą ceną - w obozie III zmarł na obrzęk płuc przyjaciel zdobywców z KW Gliwice Andrzej Czok, wspinający się z Przemysławem Piaseckim.

- Nie lubię wracać wspomnieniami do tej wyprawy i nie nazywam sukcesem, bo zapłaciliśmy zbyt wielką cenę. Zastanawiam się teraz, po latach, czy mogliśmy zrobić coś więcej, by uratować Andrzeja. Nasza wiedza o medycynie górskiej była wówczas zerowa, zresztą niewielki lekarzy było specjalistami w tej dziedzinie. Andrzej miał problemy z krtanią, kaszlał tak jak my wszyscy. Był w kontakcie z lekarzem w bazie pod szczytem, który zalecał mu branie różnych lekarstw. Nikt z nas nie sądził, że podobne objawy jak nasze, przekształcą się u niego w coś bardziej poważnego, że to się „przełoży” na płuca i dojdzie do tragedii - powiedział PAP Wielicki, piąty człowiek na świecie, który zdobył Koronę Himalajów i Karakorum, czyli 14 ośmiotysięczników globu.

Kanczendzonga była jednym z trzech ośmiotysięczników, oprócz Mount Everestu (1980) i Lhotse (1988), na które Wielicki wszedł zimą. Jegor partner Kukuczka, drugi himalaista (po Reinholdzie Messnerze) z Koronę Himalajów i Karakorum, zginął na południowej ścianie Lhotse w 1989 r. Podczas ataku szczytowego Wielicki wyprzedził Kukuczkę i pierwszy dotarł na wierzchołek, mimo że musiał sobie zrobić przerwę i rozgrzewać zmarznięte nogi bijąc w buty czekanem.

- Miałem nienajlepsze, takie plastikowe buty, a było z 40 stopni mrozu. W pewnym momencie przy podchodzeniu nie czułem stóp, więc usiadłem i na wyrąbanej platformie na wysokości powyżej 8000 m tak z 40 minut obijałem czekanem nogi w butach wewnętrznych, by wróciło czucie. Warunki pogodowe były lepsze niż na zimowym Evereście, bo nie wiał huraganowy wiatr, ale trochę pobłądziliśmy w szczytowej grani, poszliśmy za wysoko po trawersach, potem trzeba było się cofać. Mieliśmy dobrą aklimatyzację z Jurkiem, bo wcześniej wspinaliśmy się na Lhotse i dotarliśmy do 8000 m. Wstrzeliliśmy się też w okno pogodowe, bo do żadnych prognoz pogody - tak jak jest teraz - wówczas nie mieliśmy dostępu.

- Byłem pierwszy na szczycie. Wiedziałem, że to jest to miejsce, bo były ślady po ostatniej wyprawie japońskiej. Przyznam, że nieładnie postąpiłem. Czekałem na Jurka trochę i jak zobaczyłem, że jest w kopule podszczytowej, tak z 40 metrów ode mnie, to zacząłem schodzić, nie czekając aż dojdzie do mnie, bo byłem zmarznięty. Minęliśmy się bez uściśnięcia ręki. W zejściu Jurek dogonił mnie i razem dotarliśmy do obozu IV - dodał.

W obozie IV na wysokości 7700 m, z którego wyruszyli po 6 rano zobaczyli, że nie ma w drugim namiocie dwójki Czok-Piasecki, która miała atakować wierzchołek w kolejnym dniu. Pomyśleli, że koledzy zeszli, bo zrezygnowali jednak z ataku. Rano, gdy połączyli się radiotelefonem z bazą dowiedzieli się, że Andrzej Czok zmarł w III obozie.

- Może gdyby był tlen medyczny w wyższych obozach udałoby się go uratować? Znaliśmy swoje możliwości, mieliśmy nasze bogate doświadczenie wysokogórskie, nikt wówczas nie myślał o wynoszeniu butli z tlenem medycznym wyżej, co obecnie jest standardem - ocenił himalaista.

Na Kanczendzondze, oznaczającej w języku tybetańskim „Pięć Skarbnic Wielkiego Śniegu", zaginęła w maju 1992 roku jedna z najwybitniejszych himalaistek świata Wanda Rutkiewicz.

W historii podboju trzeciej co do wysokości góry świata, niezwykle rozległego masywu nawet jak na warunki himalajskie, Polacy odegrali znaczącą rolę. W 1978 roku Eugeniusz Chrobak i Wojciech Wróż jako pierwsi stanęli na szczycie dziewiczych wówczas - Południowej Kanczendzongi (8494 m), a Wojciech Brański, Zygmunt Andrzej Heinrich i Kazimierz Olech na Środkowej (8482 m). Na Yalung Kang, czyli zachodnim wierzchołku (8505 m), nową drogę poprowadzili w 1984 r. Tadeusz Karolczak i Wróż.

Na szczyt główny, oprócz Wielickiego i Kukuczki, wspięli się także spośród biało-czerwonych: Piotr Pustelnik (15 maja 2001 r., 20. w historii zdobywca Korony Himalajów i Karakorum), Kinga Baranowska (18 maja 2009), Waldemar Kowalewski (25 maja 2023), Oswald Rodrigo Pereira i Bartosz Ziemski (27 maja 2024 r., ten drugi zjechał na nartach) oraz Dorota Rasińska-Samoćko z tlenem, przy pomocy Szerpów (12 maja 2022).

PAP/zn