Przed Sądem Okręgowym w Słupsku w poniedziałek rozpoczął się proces czworga oskarżonych o nielegalne składowanie tysięcy ton łatwopalnych odpadów tekstylnych w Kamieńcu i sprowadzenie bezpośredniego niebezpieczeństwa pożarów. Te na składowisku wybuchały 39 razy. Oskarżeni nie przyznali się do winy.
Na ławie oskarżonych stanęło troje mieszkańców Środy Wielkopolskiej: 46-letni Dariusz Z. i jego 43-letnia żona Magdalena Z. oraz 35-letnia Anna K., a także 62-letni Jerzy B. z Kamienicy Królewskiej na Pomorzu. Wszyscy przed sądem odpowiadają z wolnej stopy. Na sali rozpraw nie było pełnomocnika oskarżyciela posiłkowego, jakim jest poszkodowana gmina Cewice (pow. lęborski) z miejscowością Kamieniec, gdzie powstało składowisko.
Prokuratura Okręgowa w Słupsku uznała oskarżonych za osoby „faktycznie odpowiedzialne” za nielegalne składowanie łatwopalnych odpadów tekstylnych w Kamieńcu. W różnym okresie czasu od marca 2019 r. do maja 2024 r. byli prezesami zarządu lub pełnomocnikami firm B. lub R., gdzie spółka B. dzierżawiła teren na składowisko od firmy R.
Prokurator Sylwia Knapik, zwięźle odczytując zarzuty z aktu oskarżenia wskazała, że Dariusz i Magdalena Z. oraz Jerzy B., działając wspólnie i w porozumieniu, wbrew obowiązującym przepisom prawa „zbierali zmieszane odpady tekstylne będące odpadami palnymi (…) piętrowo, zbelowane, w workach typu big-bag”. W procederze pomagała im Anna K., pozwalając na faktyczne zarządzenie spółką B., w której przez niemal dwa lata była prezesem.
W Kamieńcu zgromadzonych zostało co najmniej 19 tys. ton tych odpadów.
- Ze względu na ich ilość, skład chemiczny, sposób składowania (…) mogło to stanowić zagrożenie dla życia lub zdrowia człowieka lub spowodować obniżenie jakości wody, powietrza, powierzchni ziemi lub zniszczenie w świecie roślinnym lub zwierzęcym – mówiła prok. Knapik.
Oskarżeni swoim działaniem, jak wskazała prokurator, sprowadzili bezpośrednie niebezpieczeństwo pożaru i rozprzestrzenienia się substancji trujących, duszących lub parzących, zdarzenia zagrażającego życiu lub zdrowiu wielu osób oraz mieniu w wielkich rozmiarach, kompleksowi leśnemu, czym działali oni na szkodę gminy Cewice oraz Skarbu Państwa, reprezentowanego przez Nadleśnictwo Cewice.
Na składowisku doszło do 39 pożarów na przestrzeni dwóch lat, między 28 października 2021 r. a 31 października 2023 r.
Na sali sądowej wszyscy oskarżeni nie przyznali się do zarzucanych im przestępstw, odmówili składania wyjaśnień.
Przewodnicząca rozprawie sędzia Aleksandra Szumińska odczytała wyjaśnienia, które Magdalena Z. składała w postępowaniu przygotowawczym.
Mówiła wówczas, że Jerzego B. poznała wraz z mężem prowadząc firmę handlującą cementem. Wpadli na pomysł, by założyć spółkę B. i na plac w Kamieńcu, należącym do firmy R. zarządzanej przez żonę Jerzego, sprowadzać tekstylia i przerabiać je na brykiet. W ten interes miał był „mocno zaangażowany” Michał S., który w sprawie będzie świadkiem. Magdalena Z. przed prokuratorem przyznała, że to dostawcy płacili za pozostawione w Kamieńcu tekstylia, przy czym zaprzeczała, by miał to być odpad. Odzież miała następnie trafić do klienta, być przerobiona, ale plany biznesowe pokrzyżowały pożary. Po pierwszym pożarze spółka B. wstrzymała działalności.
W ocenie Magdaleny Z. pożary były skutkiem podpalenia, z którymi coś wspólnego może mieć Michał S. Kobieta twierdziła, że sabotował spółkę B., mówił przed klientami, że ona i jej mąż są oszustami. Nie potrafiła wskazać, ile pieniędzy uzyskała spółka B. za przyjęcie tekstyliów. Stwierdziła, że nie interesuje się problemem pozostawionych na składowisku tekstyliów.
Na rozprawie Jerzy B. odpowiadał na pytania sądu. Przyznał, że poznał małżeństwo Z. przez wspólnego znajomego Michała S. Mówił, że w spółce R. był i jest tylko pracownikiem swojej żony, która, jak poinformował na rozprawie, 8 lat temu przeszła udar, była częściowo sparaliżowana, ale „mogła mówić”, choć ciągle dochodzi do zdrowia.
On z podpisywaniem umów nie miał nic do czynienia. Nie zajmują go sprawy administracyjne. Na dzierżawę w Kamieńcu, a docelowo sprzedaży, do czego nie doszło, zdecydowali się z żoną, bo spółka R. była w restrukturyzacji, „mieliśmy wierzycieli”. Z pomysłem na tekstylia na eksport do Turcji przyszli do niego Michał S. i Dariusz Z.
- Tam miała być odzież używana i na coś takiego nie trzeba było zezwoleń. To nie był odpad, to był produkt, inaczej byśmy się na to nie zgodzili. Odzież była składowana w balotach na utwardzonym terenie. Na otwartej przestrzeni. Hale nie powstały. Ale to nie siano, by zgniło. Odpadem to się stało dopiero po pożarach – mówił oskarżony w sądzie.
Wskazał, że składowisko płotem graniczy z najbliższym sąsiadem. - Tak ok. 400 m dalej są domy jednorodzinne, może z pięć. W samej miejscowości nie wiem, ilu jest mieszkańców. Z. miał usunąć te tekstylia, mówił to mi i żonie w trakcie pożarów, ale jakoś nie usuwa. My, spółka R., to ogrodziliśmy, oświetliliśmy i pożarów nie ma. Nasz dozorca tam jest – powiedział Jerzy B. Dodał, że ze sprzedaży terenu w Kamieńcu spółka R. miała dostać od spółki B. ok. 4,5 mln zł. Do transakcji nie doszło.
Kolejny termin rozprawy sąd wyznaczył na 23 marca.
Oskarżonym grozi do 10 lat więzienia.
Na składowisku w Kamieńcu odpadów tekstylnych nie przybywa. Po październiku 2023 r. nie doszło tam do kolejnych pożarów. Sprawców dotychczasowych nie ustalono. Szacunkowy koszt usunięcia odpadów i uprzątnięcia terenu przekracza 40 mln zł.
PAP/zn