fot. PAP/Piotr Kowala

Sąd Rejonowy w Kołobrzegu w czwartek słuchał duńskiego myśliwego Henrika B., współoskarżonego o śmierć 47-letniego naganiacza. – Nie przyznaję się do zarzucanego czynu. Widziałem całego dzika. Byłem przekonany, że strzał jest na 100 proc. bezpieczny – mówił na rozprawie.

Zbiorowe polowanie na dziki zorganizowane zostało dla 16 duńskich myśliwych 10 listopada 2019 r. między miejscowościami Pobłocie Wielkie a Gościno, w lasach Nadleśnictwa Gościno w Zachodniopomorskiem, na terenie działania lokalnego koła łowieckiego. 47-letni Andrzej K., mieszkaniec powiatu kołobrzeskiego, który pełnił rolę naganiacza, został śmiertelnie postrzelony. Pocisk trafił go w klatkę piersiową.

W czwartek sąd słuchał nieobecnego na pierwszym terminie rozprawy duńskiego myśliwego Henrika B. Prokuratura Rejonowa w Kołobrzegu oskarżyła go o nieumyślne spowodowanie śmierci 47-latka. Organizator polowania Mieczysław S., na którym ciążą zarzuty narażenia ośmiu ludzi z naganki i dwóch podkładaczy psów na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu i nieumyślnego spowodowania śmierci jednego z nich, wyjaśnienia składał 11 marca.

Henrik B. nie przyznał się do zarzucanego mu czynu. W sądzie przez ponad godzinę składał wyjaśnienia w asyście tłumacza z języka duńskiego. - Normalnie naganiacze powinni iść w moim kierunku, a szli jakby trochę z boku i dlatego to nieszczęście się wydarzyło – mówił w sądzie oskarżony.

Przyznał, że gdy nagonka ruszyła, to „wszystko odbywało się bardzo szybko”. Jeden dzik był od niego i Mieczysława S. w odległości 5-8 metrów. - Stałem z bronią zwróconą ku górze, a Mietek powiedział trzy razy po niemiecku „strzelaj”, więc złożyłem się do strzału. Jestem pewien, że strzeliłem w dzika i że go postrzeliłem. Dzik wbiegł w zarośla i wyskoczył od tyłu i Mieczysław pociągnął mnie za ramię tak, że mogłem strzelić na wprost. Znowu cały dzik był widoczny i tym razem także postrzeliłem dzika, może w brzuch. Jestem tego pewien. Nie słyszałem krzyku naganki, moim zdaniem, była cały czas daleko – wyjaśniał oskarżony Duńczyk.

Henrik B. powiedział, że po jego strzałach, nagle usłyszał krzyki, podniesione głosy. Mietek zatrąbił, by przerwać polowanie.

- Jest to dla mnie bardzo ciężkie, bo wiem, co się wydarzyło. To jest straszna rzecz. Wiem, że rodzina straciła swojego ojca. Byłem przekonany, że ten strzał jest na 100 proc. bezpieczny – mówił w sądzie łamiącym się głosem oskarżony.

Zaznaczył, że „tam nie było żadnych psów”, nie było słychać naganiaczy, „a oni muszą krzyczeć”. Podkreślił, że nigdy by nie strzelił, gdyby Mieczysław nie dał mu pozwolenia na strzał.

Dopytywany przez strony procesu przyznał, że przed polowaniem rano wszyscy myśliwi otrzymali wskazówki dotyczące bezpieczeństwa. On je zrozumiał i się z nimi zgodził. Jego zdaniem, nikt nie powiedział im, z którego kierunku będzie szła naganka. On dowiedział się, że była po jego lewej stronie dzień po śmiertelnym postrzeleniu naganiacza.

Na pytanie przewodniczącego rozprawie sędziego Sławomira Solnicy o to, skąd myśliwi wiedzieli, w którą iść stronę, skoro nie znali kierunku nadejścia naganki, oskarżony odpowiedział, że „naganka jest głośna i dlatego wiadomo, gdzie się znajduje i gdzie nie należy strzelać”.

Henrik B., posiadający uprawnienia myśliwego od ponad 20 lat, 20 razy biorący udział w zbiorowych polowaniach w Polsce, strzał oddany w poziomie, w klatkę piersiową naganiacza, tłumaczył na sali sądowej rykoszetem.

Współoskarżony Mieczysław S., który także nie przyznaje się do zarzutów, w czwartek podtrzymał w całości swoje wyjaśnienia złożone na rozprawie 11 marca. Nie chciał ich zmieniać.

- Nie było tak, że Henrik nie wiedział, skąd będzie szła naganka. Ja i mój pomocnik wskazujemy kierunek. Nie ma czegoś takiego jak ciche pędzenie, naganka jest informowana, że ma się zachowywać głośno. Tu nie było od tego odstępstwa. Miałem łączność radiową z naganką. Nie było potrzeby korygowania ruchu naganki, był określony kierunek, w którym ma ona iść. Szef naganki, co jakiś czas ją zatrzymuje i ustawia, by szła równo. Tym szefem był Kacper L. – dodał Mieczysław S.

Sąd słuchał zeznań pierwszych świadków, w tym obywatela Danii, emeryta i myśliwego Jana S., który był kierownikiem duńskiej grupy myśliwych i odpowiedzialnym za kontakt między nią a organizatorami polowania w Polsce. On też wziął w nim udział, ale podczas tego konkretnego miotu, gdy zginął naganiacz, nie oddał strzału.

Obu oskarżonym grozi do 5 lat więzienia.

Prokuratorskie śledztwo trwało ponad pięć i pół roku. Zarzuty Mieczysławowi S. i Henrikowi B. przedstawiono w maju 2021 r., przy czym obywatel Danii usłyszał je i został przesłuchany w charakterze podejrzanego w ramach międzynarodowej pomocy prawnej wiele miesięcy później. Pomoc prawna była ponadto ponawiana ze względów proceduralnych. Zmienił się także prokurator prowadzący śledztwo.

PAP/zn