Pokrywa lodowa na Dolnej Wiśle rozbudowała się na odcinku ponad 200 kilometrów i sięga od jej ujścia do styku Wisły i Drwęcy na skraju Torunia. Sytuacja hydrologiczna jest ewenementem w ostatnich latach, bo zamarzniętej Wisły w Toruniu nie obserwowano od 14 lat. Ostatni raz woda stanęła w rzece na tym odcinku w 2012 roku.
- Minęło 14 lat. W tym roku ta sytuacja trochę zaskoczyła nawet mnie samego. Na początku stycznia nie było jeszcze widać tak dużego natężenia mrozu, aby można było przypuszczać, że pokrywa lodowa dotrze aż do Torunia. Obserwujemy jednak to zjawisko na całej Dolnej Wiśle od jej ujścia do ujścia Drwęcy do Wisły. Zobaczymy, co będzie dalej. Jeżeli lód zacznie w sposób niekontrolowany spływać, czyli przyjdzie wezbranie roztopowe, a nie będzie akcji lodołamania przeprowadzonej, to niewielkie, średnie albo i większe zatory - w zależności od przepływu wody - mogą się tworzyć - wyjaśnił ekspert.
Naukowiec pamięta doskonale akcję lodołamania z lat 90. XX wieku, gdy razem ze swoim mentorem profesorem Markiem Grzesiem bez trudu mogli wsiadać na lodołamacze i prowadzić badania i obserwacje pokrywy lodowej na Wiśle. Obecnie dr hab. Pawłowski jest w stałym kontakcie z władzami Płocka i informuje o aktualnym stopniu zagrożenia powodziowego w tym rejonie.
Naukowiec z UMK przypomniał, że lodołamanie ruszyło w czwartek od północy, ale stwierdził, że będzie ono postępowało wolno, bo poziom rzeki jest niski, a do połamania na Dolnej Wiśle jest 200 kilometrów lodu. Na zbiorniku włocławskim lód ma ponad 35 cm, przeprowadzono tam już kilka pomiarów. Pokrywa lodowa sięga aż za Modlin, więc ma ponad 120 kilometrów. Rzeka poniżej Włocławka musi mieć rynnę, czyli drożność, aby lód mógł spływać w kierunku Bałtyku. Zanim więc zacznie się lodołamanie na zbiorniku włocławskim, trzeba złamać lód na dolnej Wiśle poniżej zapory.
- Utrudnieniem dla akcji lodołamania są głębokości w nurcie rzeki. W Toruniu obecnie woda jest na poziomie ok. 360 centymetrów. To nie jest już niska woda, ale to wynika z faktu, że pod lodem są tzw. podbitki śryżowe i to powoduje, że poziom rzeki w tym miejscu się podniósł, a w rzeczywistości stan wody jest tylko o ok. 60 cm wyższy od absolutnych minimów notowanych w ostatnich latach. Wody jest mało i ta głębokość może przeszkadzać w prowadzeniu akcji, szczególnie na odcinku powyżej Grudziądza. Jeśli lodołamacze do Grudziądza, wcześniej do Kwidzyna czy Korzeniewa dopłyną, to tutaj wyżej będzie problem, bo po prostu jest płytko - stwierdził naukowiec.
Ekspert stwierdził, że lodołamaniu może pomóc odwilż, ale ona niesie ze sobą także inne zagrożenia. - Wtedy jest większe zagrożenie, że przyjdzie dużo wody i ten lód zacznie się sam łamać w niekontrolowany sposób. Chodzi o to, aby akcję przeprowadzić do momentu, aż zacznie się spływ lodu z góry. Chodzi o wykonanie takiej rynny, którą ten lód z góry będzie mógł tranzytowo spływać bez stworzenia zatorów — wskazał receptę na skuteczne przeciwdziałanie zagrożeniu powodziowemu naukowiec.
Największą w jego ocenie zagwozdką dla obecnej sytuacji lodowo-hydrologicznej jest to, że woda będzie najpierw we Włocławku, a dopiero później poniżej zapory, a lodołamanie najpierw trzeba wykonać na Dolnej Wiśle, aby było to możliwe na zbiorniku włocławskim.
Ekspert dostał już zapytania z Wód Polskich z prośbą o konsultację w zakresie możliwości tworzenia się zatorów na Wiśle. W tym momencie nie sposób jednak oszacować, jak szybkie będzie przybieranie wody na południu i wschodzie Polski - zależy to m.in. od tego, jak szybko będzie topił się śnieg i jak szybko i w jakiej ilości woda z dorzeczy trafi do Wisły.
- Przestrzegam też każdego przed wchodzeniem na lód na rzece. Zespół, w którym działam od 30 lat, wykonał ok. 100 przekrojów przez zamarzniętą rzekę i to jest bardzo zdradliwa forma lodu. Wchodzenie na zamarzniętą Wisłę może skończyć się tragedią - przestrzegł ekspert.
Dr hab. Pawłowski dodał, że zatory, szczególnie na odcinku nieuregulowanym powyżej Płocka, na pewno wystąpią, bo nurt jest tam kręty i występuje dużo wysp oraz łach piaszczystych. Przy niewielkim przepływie nie muszą to być zatory groźne, czyli takie, które spowodują wzrost stanu wody do jej poziomu alarmowego.
- Na razie nic na to nie wskazuje, że sytuacja miałaby być tragiczna, ale zwracałem też uwagę na spotkaniu tydzień temu w Płocku, że zbiornik w okolicach tego miasta jest płytki. Dzieje się tak ze względu na brak w ostatnich latach prac bagrowniczych, pogłębiarskich. Pozostaje pytanie, czy napływający lód będzie w stanie przejść sprawnie przez ten odcinek dalej, gdzie jest już szerzej i głębiej. W rejonie Płocka przejściu wezbrania roztopowego - być może za ok. dwa tygodnie lub później - towarzyszyć powinna jednak bardzo wzmożona czujność. To newralgiczny fragment Wisły i różne rzeczy się tam działy w czasie ubiegłych lat - przypomniał dr hab. Pawłowski.
PAP