fot. PLK
George Reese był silnym skrzydłowym AZS-u Koszalin w latach 2007-2012. Jak wspomina grę dla koszalińskiego klubu? Dlaczego nie został wybrany w drafcie NBA w 2000 roku? Czy ma dalej kontakt z kolegą z college'u Michaelem Reddem, który stał się później gwiazdą Milwaukee Bucks? Czym się dzisiaj zajmuje?

Radosław Żmudziński: Witam ponownie w Koszalinie, po niemal 10 latach.

George Reese: Dziękuję za zaproszenie. Czekałem z niecierpliwością na to, by porozmawiać o miejscu, za którym tęsknię i w którym przeżyłem najlepsze chwile w karierze.

Wiem, że założył pan organizację charytatywną. Wspiera pan programy rozwoju młodzieży. Prowadzi akcje dla dzieci w szkołach - m.in. udzielacie korepetycji, organizujecie zajęcia dotyczące zapobiegania narkomanii, rozmawiacie także o sporcie.

Udzielamy korepetycji. Pomagamy w odrabianiu lekcji i oczywiście w czymś, co jest bardzo ważne w Stanach, czyli uczeniu się bycia częścią społeczeństwa i związanych z tym emocjami. Pojawiają się też kwestie tego szaleństwa związanego z COVID-19. 2020 rok już za nami i program będzie miał inny kształt. Będzie dotyczył również zdalnego nauczania. To znaczy, że rodzina będzie mogła przyprowadzić do nas swoje dzieci. Dzieciakom wytłumaczymy, jak pracuje się wirtualnie, co robi się przed komputerami, jak daną pracę dobrze wykonać. To lepsze niż siedzenie bezczynnie samemu w domu. Tutaj możemy zrobić to samo, ale jesteśmy razem. Oczywiście zachowamy pewne zasady związane z pandemią. Zapewnimy dzieciakom posiłki. Chcemy po prostu dać im bezpieczne miejsce, też do nauki zdalnej.

Jakiś czas temu słyszałem, że ma pan własną akademię koszykarską i jest pan trenerem…

Moi obecni podopieczni są w jedenastej klasie i skończą szkołę średnią w 2022 roku. Zacząłem ich szkolić w szóstej klasie. Moje dzieciaki z Columbus będą naprawdę dobre. Większość z nich będzie grać w koszykówkę w pierwszej lidze, czyli na najwyższym poziomie w college'u. Mam bardzo konkurencyjną drużynę. Następne lato będzie moją ostatnią przygodą z trenerką. Wahałem się, czy w ogóle zająć się szkoleniem młodzieży, bo to nie tylko koszykówka. Stajesz się dla tych dzieciaków mentorem. Przekazujesz to, czego nauczyłeś się przez całą swoją karierę, co powinieneś robić, a czego nie. To pewnego rodzaju sposób na przygotowanie ich do prawdziwego życia.

Mamy trudny czas, wywołany przez pandemię koronawirusa. Mam nadzieję, że nie był pan zakażony.

Nie byłem chory. Dbam o siebie. Piję imbir i inne regionalne napoje. Bardzo poważnie podchodzę do tego, co jem i co robię. To najlepsza obrona przed wirusem. Ważne są też zasady, obostrzenia. Noszenie maseczek to już normalność. Remedium na COVID-19 jest także przebywanie w domu, po prostu unikanie dużych skupisk ludzi. Istotne jest mycie rąk. Myślę, że to powinno przynieść efekty.

Kiedy grał pan w AZS-ie Koszalin był pan wegetarianinem.

Teraz jestem weganem, co nie jest łatwe. W Polsce to byłoby już w ogóle arcytrudne. Macie na przykład dużo rodzajów sera, ale i również inne smakołyki, takie jak owoce morza. W Koszalinie było zresztą kilka dobrych restauracji, które w pewien sposób pomogły mi się dobrze odżywiać.

W latach 2007-2012 był pan silnym skrzydłowym AZS-u Koszalin. Stał się pan jedną z legend klubu. W jaki sposób przyjął pan informację jego upadku?

Klub miał wielu oddanych kibiców i rozumiem, jak wiele dla nich znaczył. To jednak biznes. Słyszałem te wszystkie złe newsy. Damian (Zydel - red.) oraz inni ludzie, m.in. prezes AZS-u, zapytali, czy napiszę posta na Instagramie ze swoim wsparciem. To, co stało się z AZS-em Koszalin jest smutne. Spędziłem tu trochę czasu. Miałem świetnych kibiców, którzy po prostu kochali ten sport. Nasi fani byli najlepsi w lidze.

Rok po tym, jak zakończył pan karierę, AZS Koszalin zdobył brązowy medal mistrzostw Polski. Nie żałuje pan, że nie został w klubie dłużej? Według fanów i dziennikarzy, ten medal po prostu należał się George'owi Reese'owi.

Nie żałuję. Musicie zrozumieć, że mój umysł „idzie” raczej w stronę biznesu. Musimy podejmować pewne decyzje dotyczące przyszłości. Musiałem tak postąpić. Poza tym, w tym zespole był mój przyjaciel Łukasz Wiśniewski. Kibicowałem jemu i całej drużynie, kiedy byłem tutaj, w Stanach. To jest organizacja. Masz kontrakt, musisz go wypełnić. Nie mam takiego poczucia, żebym nie spełnił się podczas kariery. Nigdy nie miałem też telefonu w sprawie powrotu do klubu. W związku z tym musiałem zacząć myśleć nad swoją przyszłością, nad tym, co powinienem robić tu, w USA.

Przy okazji chciałbym zapytać o szczególne wspomnienia związane z AZS-em. To Puchar Polski, mecz gwiazd, spotkania z kibicami?

Puchar Polski był zdecydowanie czymś wielkim. Na zawsze zapamiętam wszystkie autobusy pełne kibiców. Fani dali nam ogromne wsparcie, a nikt wcześniej nie wierzył, że będziemy w stanie pokonać Turów, wówczas jedną z najlepszych ekip w kraju. Wszystko zaczęło się dla nas dobrze. Dante Swanson był jednym z najlepszych rozgrywających w lidze i w tym meczu grał jak natchniony. Zresztą, cała drużyna dała z siebie wszystko. Graliśmy swoją koszykówkę, na swoim poziomie i byliśmy w odpowiednim miejscu na parkiecie w odpowiednim czasie. Kiedy wróciliśmy do miasta z pucharem i medalami, zrozumieliśmy, że daliśmy fanom najwspanialszą rzecz, jaką mogliśmy sobie wymarzyć.

Czy pamięta pan mały „wypadek” z kibicami w 2012 roku? (Dziesięciu koszykarzy zostało pobitych po treningu przez fanów Gwardii Koszalin. Powodem bójki miała być kamera, trzymana przez jednego z zawodników AZS-u. Kibice myśleli, że są nagrywani przez koszykarzy - red.)

Kibice koszalińskiego AZS-u kochają koszykówkę. Uwielbiali naszą drużynę, ale i tak zawsze znajdą się niemili dla nas ludzie. To miał być dobry dzień. Mieliśmy badania sportowe z dzieciakami w jednej ze szkół. Później, gdy dotarliśmy na trening siłowy do hali, pojawili się kibice innej drużyny. Coś do nas mówili. To oni właściwie zaczęli. 20 osób patrzących na 8 zawodników w taki sposób, jakby chcieli ciebie zapytać „chcesz się bić?”. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Koledzy wyszli nas ochronić. LaMont McIntosh ucierpiał. Miał złamaną rękę. Taka sytuacja nie wydarzyła się wcześniej w moim życiu. Nie było też nic wielkiego w tym, że nie zgłosiłem sprawy na policję. Nie chciałem wysłać tych ludzi do więzienia. Później dostaliśmy od nich wiadomość, że mamy pokonać Prokom, a ten mecz był przecież następnego dnia!

AZS często zmieniał trenera. Zdarzało się, że szkoleniowiec został zwolniony w trakcie sezonu. Z którym najlepiej panu się pracowało, a z którym najgorzej?

Trenerzy mieli różne osobowości i różne wizje gry. Na przykład zaletą Mariusza Karola była improwizacja. Był w stanie szybko coś zmienić w taktyce - zarówno w ofensywie, jak i w defensywie oraz w przygotowaniach do meczu. Kiedy graliśmy z Anwilem powiedział, że powinniśmy wykonać dane zagranie w taki sposób, ale zrobimy to jednak inaczej. Andrej Urlep dobrze nas przygotowywał do każdego meczu. Miał wszystko zaplanowane. Podsumowując, każdy trener miał swoje wady i zalety.

Czy ogląda pan czasem mecze Energa Basket Ligi?

Od dłuższego czasu oglądam skróty. W polskiej lidze jest kilku chłopaków z mojego rodzinnego Columbus. Na przykład Jamel Morris. Było też kilku innych zawodników, którzy pochodzili z Ohio. Obserwowałem też Shawna Kinga i Qyntela Woodsa. Zawsze miło jest zobaczyć osoby, z którymi mogłeś się zmierzyć na początku ich kariery.

Muszę zapytać pana o przygodę z NBA. Nie został pan wybrany w drafcie. Jak bardzo pan to odczuł? Później oczywiście były próby podbicia Europy…

NBA to biznes i trzeba to zrozumieć. Kiedy ukończyłem college, byłem świadomy tego, na jakim znalazłem się poziomie. Wiedziałem, że czeka mnie długa droga. Pojechałem do Utah Jazz i trenowałem z chłopakami na obozie letnim. Nie zostałem jednak wybrany do letnich meczów. Wtedy naprawdę było dużo chłopaków, którzy mieli szansę dostać się do ligi. Później rzeczywiście grali na najwyższym poziomie. Wiedziałem, że potrafię grać, ale musiałem zrozumieć, że NBA to biznes, jeśli chodzi o kontrakty, że nie każdy zespół weźmie debiutanta lub zatrudni młodszego gracza. Cały czas czuję, że najlepszą podjętą przeze mnie decyzją było dołączenie do zespołu z D-League, obecnie G-League. Później wyjechałem za granicę i tam rozkręcałem swoją karierę. Chciałem po prostu żyć z koszykówki. Nie żałuję, bo miałem też okazję grać z chłopakami z NBA każdego lata, na przykład z Chicago, co później przynosiło efekty w mojej grze.

Kiedy przygotowywałem się do naszej rozmowy, wyczytałem, że w 1998 i 1999 roku grał pan w zespole Ohio State Buckeyes z Michaelem Reddem, późniejszą gwiazdą Milwaukee Bucks, świetnie rzucającym za trzy.

Nasi rodzice byli bardzo blisko. Chodziliśmy razem do tego samego kościoła. Znałem go od piątego lub szóstego roku życia. To m.in. przez niego wróciłem do drużyny w Ohio State. Zawsze wiedziałem, że mamy talent. W końcu pochodziliśmy z Columbus, gdzie znajduje się kuźnia talentów. Obserwowałem, jak rzuca i od razu wiedziałem, że trafi do NBA. Zresztą, jak wielu innych graczy. Niektórzy nie grają w najlepszej lidze, bo nie mają szczęścia. Mike trafił świetnie, bo Ray Allen opuścił Milwaukee Bucks (w 2003 roku przeniósł się do Seattle Supersonics - red.). Stał się liderem zespołu, zagrał w meczu gwiazd, dostał dobry kontrakt. Stworzył niezły duet z obecnym asystentem trenera Memphis Grizzlies Scoonie'm Pennem, który teraz jest mentorem Ja Moranta, jednego z najlepszych rozgrywających młodego pokolenia. Kiedy obejrzysz parę filmików, to możesz dowiedzieć się, że Mike nie rzucał wcześniej tylu trójek. Dopiero w swoim drugim sezonie w NBA stał się świetnym rzucającym.

Zostańmy w najlepszej koszykarskiej lidze świata. Wydaje się, że znów najlepsi będą zawodnicy Los Angeles Lakers. Świetny zespół ma też Brooklyn Nets.

„Jeziorowcy” powinni powtórzyć sukces sprzed roku. Od dawna jestem pod wrażeniem Anthony'ego Davisa, to prawie idealny partner dla LeBrona Jamesa. Może mu asystować. Jest bardzo atletyczny, podobnie jak LeBron. Brooklyn mają Kevina Duranta, który jest jednym z trzech najlepszych zawodników, jeśli jest oczywiście zdrowy i gotowy do gry. Jednak to Lakers są lepiej poukładani. Jeśli grasz przeciwko nim, to nie możesz tylko skupić się na kryciu Anthony'ego Davisa i LeBrona. Są jeszcze Montrezl Harrell, pozyskany z Clippers i Niemiec Dennis Schröder. Lebron i Davis sami wykonują 1/4 roboty. Do tego „Jeziorowcy” mają najlepszą obronę w lidze, długą ławkę. Nie widzę drużyny, która byłaby w stanie ich powstrzymać.

Ciekawa sytuacja jest w Golden State Warriors. Oni nie mają w zasadzie centra. Został im tylko pierwszoroczniak James Wiseman. Klay Thompson jest kontuzjowany, ale niedawno do rywalizacji wrócił Stephen Curry. Jeśli „Wojownicy” znajdą się w najlepszej ósemce konferencji zachodniej, to naprawdę będzie sukces dla tego zespołu.

Tak jak powiedziałeś, ważna jest gra Thompsona. Co prawda jest Steph Curry, najlepszy rzucający, jaki kiedykolwiek grał w NBA, ale w defensywie musi być bardziej odpowiedzialny. Gdyby był Klay Thompson, to Stephen Curry nie musiałby się o nic martwić, ale teraz musi pracować ciężej i więcej w obronie. Sposób, w jaki zespół broni bez Thompsona jest inny. Draymond Green był też przydatny dla drużyny ze względu na swoją uniwersalność. On może podać, rzucać, grać w obronie. Trochę jest jak ja, gdy grałem dla AZS-u. To silnik drużyny. Sezon będzie bardzo długi. Steph ma czasem kłopoty ze zdobyciem 30 punktów. Nie sądzę, by „Wojownicy” często wygrywali bez Draymonda Greena. Myślę, że jednak przejdą do play-offów, ponieważ mieli bardzo dobry wybór w drafcie. Zakontraktowali „z dwójką” centra Wisemana.

2021 rok może być trudny. Jakie są pańskie plany?

Nie będzie zbytnio sukcesów w tym roku. Mam swój program dla dzieci. Rozpoczynam nową działalność w Columbus. W lutym ubiegłego roku urodził mi się syn, więc może to być ekscytujące wyzwanie. Co ciekawe, moja pierwsza córka ma teraz 11 lat i prawdopodobnie pamięta, jak stawiała pierwsze kroki w starej hali w Koszalinie. Mam też 4-letnią córkę. Muszę się teraz skupić na rodzinie. Największy cel? Żebyśmy byli po prostu zdrowi.

Czy zamierza pan jeszcze przyjechać do Koszalina?

Zdecydowanie! Pamiętam, że kiedyś Marcin Kozak dzwonił do mnie w tej sprawie. Rozmawialiśmy o programie stypendialnym dla uczniów i zawodników, który mieliśmy stworzyć w tzw. siostrzanym mieście Koszalina. Plan był taki, żeby zabrać część koszykarzy i ich tam szkolić. Chcieliśmy też zrobić obozy treningowe w różnych krajach Europy. Koszalin znalazłby się na naszej mapie. Oczywiście musielibyśmy przedyskutować tę sprawę z prezydentem miasta. Mam nadzieję, że jeszcze was odwiedzę i zobaczę jakiś mecz już w nowej hali (chodzi o Halę Widowiskowo-Sportową - red.).

Tak z „innej beczki”… Czy pamięta pan jeszcze jakieś słowa w języku polsku?

Niektóre, ale raczej te brzydkie. Gdy się denerwuję, czekając w centrum handlowym, zdarza się, że je wypowiem. Wtedy ludzie pytają się, co powiedziałem. Czasem im wytłumaczę, co miałem na myśli. Jeśli dziś ktoś mówiłby do mnie w języku polskim, ale dość wolno, to na pewno co nieco zrozumiałbym. Kiedy jeszcze tu grałem, używało się słów „p******ę” albo „k***a”. Pamiętam też „tak” i „dobrze”. Jak wychodziło nam jakieś zagranie, koledzy z drużyny mówili „dobrze”. Zawsze mieliście też dziwne nazwy jedzenia. Nigdy tych wyrażeń nie zapomnę, są częścią mnie, przypominają mi o różnych chwilach.

Czy na zakończenie naszej rozmowy, znalazłyby się jakieś ciepłe słowa skierowane do kibiców?

Dziękuję za to, jak mnie przyjęliście w Koszalinie, za solidarność i okazane wsparcie. Mam nadzieję, że pewnego dnia wrócę, aby się wam odwdzięczyć! Go AZS!

Posłuchaj

Rozmowa Radosława Żmudzińskiego z George'm Reese'm