Gość Studia Bałtyk TV: Arkady Paweł Fiedler

Wnuk słynnego pisarza i podróżnika przejechał fiatem 126p przez Afrykę. Samochodem pokonał 16 tysięcy kilometrów, wyprawa trwała 3 miesiące.

- Afryka to kontynent wymagający, jeśli chodzi o podróże samochodem, ale też przede wszystkim fascynujący – mówi Arkady Paweł Fiedler, podróżnik.

O wyborze takiego środka lokomocji zdecydowały sentymenty. Fiat 126p był pierwszym pojazdem Arkadego Fiedlera.

- Sudan to kraj przesympatycznych ludzi, ale bardzo gorący, a „maluch” nie ma chłodnicy. Ale poradził sobie. Etiopia była kolejnym wyzwaniem dla maszyny, tam „maluch” wspiął się na wysokość 3500 metrów n.p.m. - opowiada Fiedler.

Egipt, Sudan, Etiopia, Kenia, Rwanda, Tanzania, Zambia, Botswana, Namibia i RPA widziane zza okna „malucha” - opowiada Arkady Paweł Fiedler w wywiadzie dla Studia Bałtyk TV.

Jarosław Rochowicz: Dziś gościem Studia Bałtyk TV jest podróżnik nietuzinkowy. Przed chwilą widziałem twoją prezentację na temat Afryki i podróż przez tak trudny kontynent „maluchem”, fiatem 126p robi wrażenie.

Arkady Paweł Fiedler: Na mnie też zrobiła ogromne wrażenie. Kontynent wymagający, jeżeli chodzi o podróże samochodem, ale przede wszystkim fascynujący.

JR: 24 konie mechaniczne, tyle krajów – bo podróżowałeś wschodnią Afryką. Bardzo trudne i różne warunki, bo i Sudan, czyli olbrzymie upały, góry Etiopii i bardzo wymagające podjazdy. Jak sobie dawałeś radę z tym samochodem? Potrafisz naprawić silnik w trudnych warunkach? Jak to wyglądało?

AF: Silnik może nie, na szczęście już całkiem nieźle sobie radzę z różnymi innymi usterkami. „Maluch” jest taką konstrukcją, której łatwo jest się nauczyć i to jest jego zaleta w porównaniu do współczesnych samochodów, jeżeli chodzi o takie długodystansowe podróże. Na razie mnie nie zawiódł na tyle, żeby zatrzymał się i dalej nie chciał jechać. Ale wydaje mi się, że każdy mechanik, który „grzebie” w samochodzie, w silnikach – a tacy mechanicy są w większości krajów afrykańskich, czy w Azji, tam się nie podłącza jeszcze komputerów do maszyn, tam się „grzebie” w samochodach – z „maluchem” by sobie poradził, bo to jest prosta konstrukcja, można się go nauczyć. Nawet tacy laicy jak ja są w stanie nauczyć się tego samochodu, obcując z nim. A przez to, że jest on troszeczkę bardziej wymagający, awaryjny, to taka podróż staje się też ogromną przygodą, gdy się na ten samochód chucha, dba się o niego, wyjątkowo się go traktuje.

JR: Jeżeli możemy mówić o przygodzie, to powiedz przez jakie kraje ta podróż przebiegała. Rozpocząłeś w Egipcie, skończyłeś w Republice Południowej Afryki.

AF: Początek to był Egipt. Tam niesamowite problemy w porcie. Dwa tygodnie trwało wyciągnięcie mojej maszyny. Towarzyszyła mi ekipa filmowa, bo celem podróży też było utworzenie serii telewizyjnej. I jeszcze większym problemem było wyciągnąć ich sprzęt i ich samochód, którym oni się poruszali. To były dwa tygodnie walki, zrezygnowania nieraz. I Egipt przez to był najtrudniejszy. Później był Sudan – kraj niesamowicie sympatycznych, bardzo przyjaznych ludzi. Ta sympatia była dużym zaskoczeniem. Kraj islamski, fundamentalny, nieraz takie kraje przedstawia się w negatywnym świetle i człowiek jedzie, nie znając takiego miejsca, nie wie, czego się spodziewać, też ze strony mieszkańców. A oni wyjątkowo sympatyczni, bardzo fajni ludzie. Kraj niesamowicie gorący. „Maluch” nie ma chłodnicy, zastanawiałem się, jak sobie poradzi, czy da radę. Ten silnik nagrzewał się do niesamowitych temperatur, pomagała mi otwarta klapa. To jest taka rzecz, którą się też w Polsce stosuje. Różne są teorie na temat tej otwartej klapy, bo trochę zwiększa opór powietrza, przez to silnik trochę bardziej się męczy i niespecjalnie w warunkach polskich to pomaga, ale tam mierzyłem temperaturę głowicy np. i o 20 stopni była mniejsza z otwartą klapą niż z zamkniętą. Stosowałem takie różne stare sposoby i „maluch” przetrwał.

Przejechał przez Saharę, dotarł do Chartumu. Dalej robiło się już troszkę zimniej. Dotarłem do Etiopii, wjechałem w góry etiopskie, ocierając się o góry Simen. Tam wspinaliśmy się faktycznie wysoko, nawet na 3,5 tysiąca metrów, takie przełęcze. Kolejne wyzwanie dla maszyny, długie podjazdy, nieraz nawet kilkanaście czy kilkadziesiąt minut na „jedynce”, „dwójce” maszynę się męczyło, ale też mnie nie zawiódł. Choć nieraz już miałem wątpliwości i z nią nawet rozmawiałem. Będąc w „maluchu” sam, nieraz z nim rozmawiałem, nie miałem z kim rozmawiać. A na tych podjazdach ostro go dopingowałem. Później była Kenia, jak mówiono mi na granicy – zaraz za granicą najgorsza droga wschodniej Afryki. Takie 250 km z Moyale do Marsabit faktycznie wymagające. Nie tak straszne jak o tej drodze słyszałem, czytałem, bo już połowa tej trasy była wyasfaltowana. Druga połowa faktycznie wymagająca. Dzisiaj – bo ta podróż miała miejsce w 2014 roku – ta trasa już całkowicie jest pokryta asfaltem, więc cieszę się, że moja maszyna zaliczyła jeszcze taką trasę, która jest kanonem wśród overlanderów, takich trudnych przepraw przez Kenię. Uganda, też wymagająca trasa. Kraj, który z perspektywy „malucha”, z perspektywy podróżnika, który przemierza ten kraj, wydaje się wyjątkowo piękny. Oczywiście jest to kraj o bardzo krwawej historii, kraj wielu społecznych problemów. Abstrahując od tych problemów, wiele osób mówi, że Uganda to perła Afryki. I faktycznie – zza okna samochodu, gdy się nie myśli o tych wszystkich społecznych problemach, ona tą perłą Afryki się wydaje. Przepiękne scenerie i jednocześnie bardzo wymagające drogi. Dotarłem tam np. do parku Bwindi, gdzie mieszkają goryle górskie – to było też fascynujące. Dosyć drogie są te odwiedziny, ale naprawdę warte wydanych pieniędzy.

JR: Kilkaset sztuk bodajże zostało ich na świecie, prawda?

AF: Tam mieszka około 400 goryli górskich, na świecie jest ich 800, faktycznie mała populacja. Bardzo ciekawie było z nimi obcować.
Rwanda – odwiedziłem ten kraj akurat w 20 rocznicę straszliwego ludobójstwa, które tam miało miejsce. To kraj, który przeobraził się w przeciągu tych 20 lat. Z czegoś strasznego, potwornego, stał się krajem rozwiniętym. W kraju, gdzie ludzie się nie zgadzali, teraz wspólnie obcują, nazywając się nie Tutsi, nie Hutu, tylko Rwandyjczykami. Ci młodzi, których tam obserwowałem – niesamowicie widać w nich energię i chęć pędu, gonienia całej reszty świata. To mnie w tym kraju zafascynowało. To był krótki pobyt, bo kraj jest niewielki. Zmierzałem dalej do Tanzanii, gdzie wybrałem taką drogę - ogromną niewiadomą. To była droga wzdłuż Tanganiki – najdłuższego jeziora na świecie. Niewiele można przeczytać na temat tej drogi – wtedy w każdym razie – i nie wiedziałem, czego się spodziewać. Ta droga mnie zaskoczyła. Z jednej strony, bo była wymagająca – nie tak jak te drogi w Ugandzie, ale to było ponad 1000 km szutru, kolein, tarki, piachów. Zaskoczyła mnie też swoją niesamowitą przyrodą – przepiękny busz, las, który ta trasa przecinała. Ciekawi ludzie, którzy tam mieszkali – życie się toczy wzdłuż tej trasy. Przyroda naprawdę fascynująca. Park Katavi, przez który przejeżdżałem jest najrzadziej odwiedzanym parkiem narodowym w Tanzanii. Tanzania słynie z parków narodowych, setki tysięcy ludzi je odwiedza, jak nie miliony, a ten park jest odwiedzany przez około 200 turystów rocznie. A był fascynujący, naprawdę piękny, świetnie się tam jechało. „Maluch” został tam zaatakowany przez muchy tse-tse, całą chmurę much tse-tse – to było też niezłe doświadczenie. 

Stamtąd pojechałem do Zambii. Tutaj zmieniłem trochę plan trasy, bo chciałem z Zambii pojechać do Malawi, jednak zabrakło mi czasu. Za to miałem kilka dni więcej, żeby pojeździć bocznymi drogami przez Zambię. I to też było fajne, bo poznałem busz zambijski, trochę inny niż ten w Tanzanii, czy wcześniej. I nagle wielkie odkrycie dla mnie – pośrodku buszu wioska Shiwa Ngandu, dosłownie mała Wielka Brytania. Wioskę tę założył oficer brytyjski sir Gordon Brown w latach 20. Bardzo ciekawa postać, która niesamowicie się wpisała w historię wówczas Rodezji Północnej, dzisiaj Zambii, w historię odzyskania niepodległości przez ten kraj. Jedyny biały człowiek, który został pochowany z prezydenckimi honorami w całej Afryce, człowiek, który niesamowicie współżył, współdziałał z lokalnymi ludźmi, wspierając ich. I oczywiście ci ludzie wspierali jego w jego dążeniach i życiu tam, bo bez nich by sobie nie poradził. Bardzo ciekawe historie. To było takie odkrywcze, bo człowiek tam jechał, niespecjalnie wiedząc, co ma w tym kraju robić, bo przecież plan został zmieniony i nagle takie spontaniczne odkrycie po drodze. To też jest cecha charakterystyczna podróży samochodem, że ten świat się tak spontanicznie odkrywa. Później już odbiłem w Zambii na zachód. Wjechałem na chwilę do Namibii, taki skrawek Caprivi – pas między Angolą, Botswaną i Zambią. Tym pasem przejechałem całe Caprivi, dotarłem do Botswany, przemierzyłem fragment botswańskiej Kalahari, żeby dotrzeć do Namibii. I to było zaplanowane – chciałem właśnie w tym miejscu wjechać do Namibii, niesamowite, bo dosłownie brama jak na pastwisko pośrodku Kalahari. W tym rejonie mieszkają ludzie Khoisan, potocznie buszmeni, których nigdy wcześniej nie miałem okazji poznać, a w Namibii byłem wcześniej już nie raz. Dlatego chciałem tam pojechać i zobaczyć, jak oni żyją. Udało mi się to podejrzeć przez chwilę, spotkać się z tymi ludźmi. Oni dzisiaj już zupełnie inaczej żyją, niż ta przysłowiowa sielanka, jak to kiedyś nazywano, jeszcze w latach 40. czy 50., kiedy żyli tylko w zgodzie z naturą i żywili się tym, co przyniesie natura. Dzisiaj żyją inaczej, ale cały czas pielęgnują stare tradycje i umiejętności. Jak się z nimi rozmawia, to oni są tacy dosyć przygnębieni. Nie są dobrze traktowani przez rządy w Botswanie, przez ludzi w Namibii. Ale gdy nagle się zejdzie z tematu teraźniejszości na temat ich tradycji i umiejętności przeżycia w buszu, nagle obserwuje się w nich ogromną przemianę, energia w nich wstępuje i z wielką fascynacją opowiadają o swoich umiejętnościach – przynajmniej ja takie miałem wrażenie. Przemierzyłem dalej Namibię, jadąc bodajże 2,5 tysiąca kilometrów przez ten kraj. Fascynujące drogi, ogromne przestrzenie. Drogi też wymagające – aż się dziwię, że „maluch” przetrwał na tzw. „afrykańskiej tarce”, bo tej „tarki” były setki kilometrów. Dotarłem ostatecznie do RPA, gdzie już drogą asfaltową zmierzałem w kierunku Kapsztadu i dalej jeszcze 70 km za Kapsztadem do Przylądka Dobrej Nadziei, gdzie ta moja podróż się skończyła.

JR: Ile dni i ile kilometrów to wszystko trwało?


AF: W sumie trzy i pół miesiąca. Samej jazdy były trzy miesiące, bo 2 tygodnie spędziłem w Damietcie - egipskim porcie, walcząc o maszynę. Kilometrów było dokładnie 16194.

JR: Nie ominąłbym pewnego tematu, mianowicie twojej rodziny, twojej przeszłości. Mając takich przodków, wiadomo, że trzeba kochać świat i podróże. Powiedz, na ile to oni ukształtowali twoje wybory podróżnicze.

AF: Podróże były mi bliskie właściwie już od urodzenia. Mój dziadek przede wszystkim – podróżnik niesamowity. Ponad 30 niesamowitych wypraw, napisał mnóstwo książek, które ja czytałem i które mnie fascynowały i żyłem w świecie mojego dziadka przez te opowieści, przez zdjęcia z różnych krajów. Tata też podróżuje. Jak byłem mały, to tata zniknął nagle na kilka miesięcy, dzwonił gdzieś tam z Peru, nie było internetu, sygnał był taki przerywany, trzeba było czekać na to. To też, myślę, mnie bardzo mocno kształtowało. Te dalekie krainy przez dom, w którym się wychowałem były mi bliskie i myślę, że przez to mnie ten świat mocno wabi i kusi. I może przez to jest mi łatwiej, nie mam bariery, żeby ruszyć w świat, bo często ten pierwszy krok jest najtrudniejszy. Bardzo sobie cenię, że wychowałem się akurat w takim domu, a nie innym.

JR: Była teraźniejszość, była przeszłość, to zapytam o przyszłość. Jakie plany najbliższe?

AF: Plany najbliższe są dosyć solidne, jeżeli mogę tak to nazwać. Wracam do Afryki. Do Kapsztadu wylatuję 6 lutego, tam mam nadzieję szybko uporać się z formalnościami – z portu wydostać szybko samochód, inny niż „maluch”. „Maluch” jest w tej chwili remontowany i szykowany do wyprawy w 2019 roku. A ja w tym czasie, czekając na niego, wyruszam przez Afrykę samochodem elektrycznym – takim bez silnika spalinowego, tylko zasilanym baterią, którą oczywiście trzeba naładować z gniazdka. I żartuję nieraz, że jadę do Afryki szukać gniazdek elektrycznych.

JR: To ja już teraz deklaruję, że po tej wyprawie zaproszę cię do Radiowego Klubu Obieżyświata. Trzymamy kciuki za tę wyprawę. Będziemy czekać na fascynujące zdjęcia i fascynujące opowieści Arkadego Pawła Fiedlera.