fot. prk
- Płatne parkingi na osiedlu to nie nasz wymysł, tylko konieczność wynikająca ze zmiany przepisów - tłumaczył Kazimierz Okińczyc podczas wtorkowego spotkania z mieszkańcami. Spółdzielcy nie zostawili jednak na nim suchej nitki.

W spółdzielni KSM „Przylesie” trwają coroczne spotkania, w trakcie których zarząd przedstawia plany remontów na rok kolejny. Wtorkowe spotkanie zdominował jednak temat wprowadzonych z początkiem grudnia opłat za osiedlowe parkingi. Prezes Kazimierz Okińczyc chciał wprawdzie poprowadzić prezentację według własnego scenariusza, ale szybko musiał poddać się woli mieszkańców. - Będziemy mówić o tym, co jest dla nas ważne, a nie o tym, o czym pan chce, bo pan jest tu dla nas - wykrzykiwali spółdzielcy, których w sali klubu „Na pięterku” zebrało się blisko dwustu.

Większość żądała wyjaśnienia, dlaczego muszą płacić za parkowanie pod własnym domem. - Ja też jestem członkiem spółdzielni... - zaczął prezes, ale szybko przerwały mu rzucane z sali pytania, „czy ustawił sobie pod domem parkomat”.

Zebrani byli tak rozdrażnieni wprowadzonymi opłatami, że podobne przepychanki trwały przez kilkanaście minut, a obie strony nie przebierały w słowach. W końcu jednak spotkanie przybrało nieco bardziej merytoryczny przebieg. Prezes spółdzielni przekonywał, że opłaty parkingowe to nie jego wymysł, a efekt zmian w prawie spółdzielczym. - Każda nieruchomość mieszkaniowa rozlicza się sama i nie można z innych nieruchomości niemieszkaniowych (m.in. parkingi czy garaże) przerzucać kosztów na właścicieli pozostałych - tłumaczył Kazimierz Okińczyc. - Te największe parkingi nie są częścią państwa nieruchomości, więc jedynym rozwiązaniem jest, by za ich utrzymanie płacili bezpośrednio ci, którzy z nich korzystają. Tak będzie najsprawiedliwiej.

- Tak jest w wielu spółdzielniach - stwierdził jeszcze prezes, ale prośbę spółdzielców o podanie konkretnych miast zignorował. Nie podał także dokładnych kosztów utrzymania parkingów, a jedynie wyliczał ogólnie: - Opłata za wieczyste użytkowanie, podatek od nieruchomości, amortyzacja, a do tego odśnieżanie, które w tym roku już raz przeprowadziliśmy...

Ten ostatni argument wywołał na sali salwę śmiechu, a spółdzielcy nie dawali za wygraną. Wskazywali m.in., że obowiązek zapewnienia miejsc parkingowych nakłada na spółdzielnię prawo budowlane. - Owszem, ale nie muszą być to miejsca bezpłatne - ripostował Kazimierz Okińczyc, który zbywał także argumenty, że parkingi zostały wybudowane z pieniędzy spółdzielców, a właściciele mieszkań mają zapisane w aktach notarialnych, że ponoszą koszty utrzymania parkingów. - Dlaczego zatem mamy płacić za nie podwójnie? - pytali.

Prezes „Przylesia” próbował przekonywać, że te zapisy są już nieaktualne. - Na mocy zmian w prawie spółdzielczym - od stycznia - nieruchomości, a nie mieszkania nie będą już obciążane tymi opłatami - wskazywał, na co mieszkańcy stwierdzili, że najpierw powinien znieść wspomniane opłaty, a dopiero później ustawiać parkomaty. - Jednak dopiero po konsultacjach z nami, bo taki jest obowiązek - zaznaczyła jedna z rozmówczyń.

- Zarząd jest zobowiązany służyć członkom spółdzielni, bo to my go utrzymujemy. Tymczasem robi się z nas niewolników, bez prawa decydowania o czymkolwiek - dodawał inny, a brak działania w interesie spółdzielców zarzuciło Kazimierzowi Okińczycowi jeszcze kilka osób. Każda z takich wypowiedzi była nagradzana gromkimi brawami.

Władze spółdzielni były na tyle zaskoczone i poirytowane zachowaniem mieszkańców, że po kilkudziesięciu minutach wezwały na salę ochronę. Jednak jeszcze przed jej przybyciem temat parkomatów został „wyczerpany” i większość spółdzielców opuściła spotkanie. Na sali pozostała zaledwie garstka zainteresowanych przyszłorocznymi planami spółdzielni.

RW/ez

Posłuchaj

Gorąco na spotkaniu mieszkańców z prezesem spółdzielni „Przylesie” w Koszalinie